Renata Przemyk to jedna z najbardziej charakterystycznych polskich wokalistek. Swoją pierwszą płytą “Ya Hozna” (nagraną w 1990 r. z zespołem o tej samej nazwie, który nieco później się rozwiązał) wprowadziła niemałe zamieszanie na polskiej scenie. Od tego czasu nagrała kilkanaście albumów i współpracowała z wieloma artystami. Tworzy z powodzeniem muzykę teatralną, sama również występowała w spektaklach. Niedawno zaprezentowała się w jaworznickim Teatrze Sztuk w ramach XXXVII Dni Muzyki “Jeunesses Musicales”.


Przyjechała pani do Jaworzna z największymi przebojami. Czy to faktycznie fani wymusili ten powrót do starszych utworów?

Nie jest to pełna informacja. Przede wszystkim odświeżyliśmy pierwszą płytę, “Ya Hozna”, tę, od której wszystko się zaczęło. Stanowiła mocny początek mojego śpiewania, była świetnie odebrana. Mówiono, że zapowiada rebelię i faktycznie trochę namieszała w ówczesnym świecie muzycznym. Nie do końca wtedy zdawałam sobie z tego sprawę. Fani faktycznie upominali się później o jej odświeżenie. Od tego czasu pojawiły się nowe albumy, te starsze były odsuwane na korzyść nowych, które też zawsze są bliższe, bo stanowią pewną wypadkową tego, co w danym momencie czuję, umiem, co dzieje się w moim życiu i na jakim jestem jego etapie. W całości zdecydowałam się pokazać tamte utwory po blisko 30 latach. Padła propozycja jednego z festiwali, którego formuła polegała na tym, że zespoły pokazują swoje pierwsze płyty. Był to dodatkowy pretekst, żeby zrobić ten materiał. Mój zespół bardzo zapalił się do tego, zagrali w tak energetyczny sposób, że ta ich energia przekonała mnie ostatecznie. Zdawało mi się, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Że to był ten mój mocny początek, ale przecież dalej rozwijam się, uczę, odkrywam nowe rejony. Jednak to, co miało być jednorazowym występem, zostało tak dobrze przyjęte i musiałam przyznać, że zespół tak dobrze to zagrał, że zgadzałam się na kolejne propozycję grania tego materiału.

Wspomniała pani jednak, że najbliższe sercu są najnowsze utwory, najbardziej aktualne. Czy mimo wszystko uważa pani którąś ze swoich płyt za najważniejszą?

Myślę, że nie jestem odosobniona wśród artystów w myśleniu, że to właśnie najnowsza jest tą najbliższą płytą. Jesteśmy w momencie przeżywania tego wszystkiego. Tym bardziej, że po latach zdecydowałam się też być autorką coraz większej ilości piosenek, muzyki i tekstów. Jest to zatem najbardziej prywatne, intymne. To coś, co w danej chwili najlepiej pokazuje moją osobę, jest najszczersze i najprawdziwsze. To po prostu ten moment mojego życia. Dwa lata temu była też fantastyczna przygoda z piosenkami Cohena. Mimo, że całe lata zarzekałam się, że jeśli piosenki innych autorów, to tylko na zasadzie rozrywki, może nauki. Że nie jestem w stanie przyjąć tego jak swoje. I była to dla mnie miła niespodzianka, te utwory tak mocno wtopiły się w moje życie, że stanowią obecnie jeden z projektów, który równolegle pokazujemy. Na stałe współpracuję też z teatrem Barakah w Krakowie. To również fantastyczna przygoda, móc tworzyć dla innych wykonawców i widzieć, jak jest to przez nich śpiewane.

Ale pani nie tylko pisze piosenki dla teatru, zdarzyło się teżw nim występować, jak w przypadku spektaklu z piosenkami Cohena.

Tak. Zostało to stworzone w towarzystwie aktora, Wojtka Leonowicza. Były tam wiersze, piosenki, inscenizacje. Zagraliśmy 20 spektakli.

I to nie była jednorazowa przygoda z teatrem?

Była też dość duża rola w Teatrze Rozrywki w Chorzowie, w spektaklu muzycznym “Terapia Jonasza”. Była to moja największa rola, która miała też dla mnie ogromne znaczenie, bo uświadomiłam sobie, że mogę na scenie robić więcej niż jedną rzecz na raz.Wcześniej tylko wchodziłam i śpiewałam. Tu fantastycznie było partnerować innym aktorom. Zresztą ogromne znaczenie miało też to, że ekipa teatru w Chorzowie przyjęła mnie jak swoją. Doświadczeni aktorzy i życzliwi, fajni ludzie, którzy służyli wiedzą i takim zwyczajnie ludzkim podejściem.

Tamto doświadczenie i występy w teatrze coś w pani zmieniły?

Byłam w stanie przełamać swoje bariery i problemy z łączeniem kilku akcji na raz. Ciekawe było też to, że po wielu, wielu latach założyłam szpilki. Po kontuzji sportowej, kiedy miałam 17 lat, lekarz powiedział, że mogę zapomnieć o obcasach. W teatrze okazało się, że mają szewca, który tym problemom zaradził. Do tego trzeba było tańczyć, nosić piękną suknię. To był taki przełom, od którego datuję u siebie eksplozję kobiecości. Po nim też zdecydowałam się na projekt Przemyk Akustik Trio, w którym po raz pierwszy zaistniałam jako muzyk. Z czasem pojawiały się rekwizyty, anegdoty. Z osoby, która tylko wchodziła na scenę i śpiewała, zmieniłam się w kogoś, kto prowadzi interakcję z publicznością, urosło to do czegoś w rodzaju spektaklu. I każda z tych kolejnych przygód muzyczno-teatralnych sprawia, że wzbogacam się o nowe możliwości i odkrywam siebie od strony, od jakiej wcześniej się nie znałam

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Dawid Litka