Rozmowa z Natalią Przybysz, gwiazdą pierwszego tegorocznego koncertu w ramach naszego dekaTON’u

Fani doceniają kolejne pani płyty, a bilety na koncerty rozchodzą się w szybkim tempie. Jaka jest recepta na to, aby ciągle być na topie?

Nie czuję, bym na nim była. W sumie to na takim totalnym topie nigdy nie chciałabym się znaleźć. Wiem z własnego doświadczenia, że w branży muzycznej bycie na szczycie to sinusoidalne zjawisko. Raz się na nim jest, a innym razem nie. Raz siedzi się w domu z rodziną, a później znów się koncertuje. Mam do tego mocno zrównoważone podejście. I w zasadzie, jedynym, na czym najbardziej mi zależy, jest kontakt ze słuchaczami. Liczy się dla mnie treść, która pojawia w przestrzeni między piosenką a odbiorcą, czyli to, co dany utwór w nim uruchamia. Nasza relacja jest dialogiem, byciem razem, spotkaniem. Stawiam ją na równi z tymi, które mam z rodzicami, z partnerem, z dziećmi. Moi słuchacze są częścią mojej rodziny.

A gdyby tej relacji zabrakło?

Gdyby jej nigdy nie było, też byłabym szczęśliwa i nawet nie wiedziałabym, że mogłaby być dla mnie ważna. Ale ona istnieje i jeśliby jej teraz zabrakło, na pewno poczułabym ogromną stratę. Bo relacja z odbiorcami jest częścią mnie. Jest kanałem porozumienia i ekspresji. To mój sposób na wyrażanie siebie.

Zaczynała pani jako 11-letnia dziewczynka…

To prawda, muzyka jest ze mną od lat. Zarówno, jeśli chodzi o moją twórczość, jak i wtedy, gdy słucham utworów innych wykonawców. Ostatnio towarzyszą mi np. piosenki Lizzo, Gaby Kulki czy zespołu Fat Freddy’s Drop. Uwielbiam też tańczyć przy piosenkach, które wykonuje Zibra Katz. Dzięki muzyce reguluję swoje emocje. To jest jak z nałogowcami. Oni mają swoje metody, na przykład na walkę ze stresem. Na mnie działa muzyka. A jeszcze więcej energii przysparza mi jej tworzenie, śpiewanie, muzykowanie.

Czym zatem jest dla pani muzyka?

Terapią, uwolnieniem, zabawą. Jest też swoistym rytuałem, medytacją, modlitwą, duchową drogą, którą podążam w życiu. Muzyka jest dla mnie tym, czym dla praktykujących chrześcijan jest wiara. To, że mogę śpiewać, jest dla mnie totalnym błogosławieństwem, darem, za który dziękuję Kosmosowi, naturze, a może Bogu? Tak naprawdę trudno mi określić komu lub czemu dziękuję, bo jestem agnostyczką i nie do końca muszę mieć na to nazwę. Ale dobrze czuję się z tym, że tego po prostu nie wiem.

Właśnie promuje pani swoją najnowszą płytę “Jak Malować Ogień”. Jest też pani autorką większości tekstów do utworów z tego krążka. Czy trudno było swoje myśli przelać na papier?

Trudno, aczkolwiek te myśli są we mnie przez cały czas. Sztuką jest je z siebie wyjąć. Moja mama, absolwentka ASP, tłumaczyła mi kiedyś, że zanim artysta stworzy rzeźbę, to ta rzeźba już istnieje w kamieniu. Jedynie trzeba ją z niego wyjąć (śmiech). Wyjmowanie słów piosenek idzie mi najlepiej wtedy, gdy uda mi się stworzyć dobre warunki do pisania, czyli osiągnąć odpowiedni stan skupienia, znaleźć dobrą porę i złapać właściwy moment pomiędzy byciem głodnym, rozkojarzonym zaspanym i hiper podkręconym. Te momenty trzeba łapać. I właśnie w taki sposób łapałam je podczas tworzenia tekstów do ostatniej płyty.

Która z piosenek z tego albumu jest pani najbliższa?

Wszystkie są mi bliskie i w każdej z nich znajduje się konkretne zdanie, które jest mega ważne.

W solowej karierze wydała pani pięć płyt. Indywidualną ścieżką kroczy pani od 2006 roku, gdy po raz pierwszy rozpadł się zespół Sistars. Po kilku latach grupa została reaktywowana, by po krótkim czasie zniknąć. Czy jest szansa, że ten projekt ożyje?

Myślę, że zespół Sistars należy już do przeszłości.

Mimo rozpadu grupy podjęła pani ze swoją siostrą Pauliną próbę stworzenia innego zespołu.

Tak, działo się to w 2013 roku. Projekt zyskał nazwę Archeo Sisters. Bardzo chciałyśmy ze sobą współpracować, bo zarówno ja, jak i Paulina mamy głód siebie, bardzo się kochamy i jesteśmy swoimi najlepszymi przyjaciółkami. Uwielbiamy ze sobą być i trzymamy sztamę nieprzerwanie od lat. Dlatego mimo rozwiązania Sistars, nadal chciałyśmy ze sobą współpracować. Szybko okazało się, że muzycznie znowu się rozjeżdżamy. Każda z nas miała bowiem inne potrzeby, związane z muzyką. Ale mimo wszystko super jest od czasu do
czasu zaśpiewać razem, np. gościnnie na płycie innego artysty. W taki sposób wystąpiłyśmy u Krzyśka Zalewskiego. Dzięki temu znów mogłyśmy razem pojeździć po Polsce, posiedzieć, pogadać. To był bardzo fajny czas. Wiemy już jednak, że na dłuższą metę lepiej wiedzie się nam, gdy każda zajmuje się muzyką w pojedynkę. I co ważne, osobno też dobrze sobie radzimy.

Jakie ma pani plany na najbliższe miesiące?

Wiosną zaczynamy drugą trasę, promującą naszą najnowszą płytę “Jak Malować Ogień”. Latem weźmiemy udział w festiwalach. A co będzie później? Czas pokaże.

A marzenia? Zdradzi je pani?

Mam taką zasadę, że nie mówię o swoich marzeniach, bo wtedy dziwnie się roznoszą, znikają jak dmuchawiec. Ale nie zaprzeczę, że je mam. To, co udało mi się osiągnąć, jest właśnie wynikiem marzeń.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Anna Zielonka-Hałczyńska