W lesie na Pomorzu grzybiarz natrafił na kilkaset arabskich monet z VIII i XIX wieku oraz dwie perskie z VII wieku. U nas w poniedziałek było podobnie, bo na granicy z Sosnowcem grzybiarze znaleźli niewypał z czasów II wojny światowej.

Pod informacją o tym znalezisku, natychmiast rozpętała się burza komentarzy, jak by tu najlepiej wykorzystać potencjał wybuchowy, ktoś przekonywał, że była to prowokacja wyborcza, inny, że to rebelia grzybów, aby już ich nie zbierać, bo się wstydzą pokazywać na zdjęciach publikowanych w internecie. Szkoda, że już jesień, bo to jednak depresja i paskudna pogoda, po której przyjdzie koszmar zimy (nie cierpię tego mokrego białego syfu padającego z nieba), ale z drugiej strony, cytując klasyka: I wiosna by tak nie smakowała, gdyby zimy nie było. Przetrwamy jakoś, a na razie trzeba się doczołgać do wyborów i jakoś je przeżyć, a nie jest to proste, bo każde włączenie jakiekolwiek medium przekazu powoduje wir odpadków informacyjnych spuszczonych w rezerwuarze. I nie wiadomo, czy się śmiać czy płakać, słuchając “specjalistów” z obu stron. I tylko jedna z uwielbianych przez internautów sióstr, Małgorzata Godlewska z okazji Dnia Jedności Niemiec zaprezentowała hymn naszych zachodnich sąsiadów. Gdyby to był czas wojny, na pewno by została marzeniem chłopców z hitlerjugend. Skąd takie osoby się biorą na świecie, że na każdym kroku udowadniają, iż poziom rozrywki ma jeszcze pod mułem kolejną warstwę i jest to jakaś tajemnicza materia, z której nikt się nie wygrzebał. Generalnie za dużo wolnego w weekend, bo człowiek zajmuje się kompletnymi bzdetami.

Za to później, w poniedziałek od rana człowiek zadaje sobie wiele filozoficznych pytań. Poranna prasówka przy śniadaniu dostarcza nowej fali doznań. Krajowa wojna Polska vs Polska trwa w najlepsze, a ja zadaję sobie pytanie, kto jest gorszy: czy fanatyczni wyznawcy jednej ze stron, czy fanatyczni przeciwnicy. Bo dla mnie to jedno i to samo. A najgorsi są ci, którzy nawalają bez litości na rządzącą partię polityczną, a bez skrupułów biorą 500+, bo się należy i basta. Nowy rodzaj rebelii.

Ale jest też schizofrenia polityczna. Ostatnio jechałem autobusem 303 od Starej Huty do Osiedla Stałego, kto z Jaworzna, ten wie, że to wycieczka krajoznawcza, trwająca około 30 minut. Nie przepadam, kiedy ktoś się przysiada w autobusie i próbuje na siłę zagajać, bo zazwyczaj wysłuchuję wykładu, jak to źle na świecie. Tym razem w centrum do autobusu wsiadła pani w wieku ok. 70 lat, o kulach i od razu zaczęła rozmowę. Już w okolicy Rynku znałem wszelkie koligacje rodzinne i wiedziałem, gdzie mieszkają jej dzieci. W okolicach Podwala zakończyła się lista chorób. Zanim dojechaliśmy do Leopoldu, pani wyznała miłość wyborczą do PiS, ale że na Podłężu wsiadł jej schorowany znajomy i przejechał jeden przystanek, optyka się zmieniła i już nie było tak dobrze, bo się okazało, że pani ma 1600 renty, a pan znajomy schorowany sprzedaje jej papierosy białoruskie po 7,50, ale transport nie dojechał i będzie musiała kupować fajki po 12 i drożej. I jak tu żyć? Gdy dojeżdżaliśmy do Kantego, już kipiała nienawiścią do PiS, bo co to ma znaczyć, że rzucili trzynastkę dla emerytów, a już cały rok to zęby w ścianę i skręcanie fajek ze słomy spod starego siennika.

Odezwałem się nieśmiało, aby rzuciła fajki, to będzie mieć więcej kasy, na co się obruszyła i przestała odzywać, ale to i tak już był mój docelowy przystanek, więc nie słyszałem mowy końcowej. Aż mi się zachciało zapalić, ale od 5 lat jestem pozbawiony nałogu, więc szybko mi przeszło.

Za to na przystanku na Osiedlu Stałym złapałem szybko balans i powiew optymizmu życiowego oraz nieograniczonej przygody. Stali sobie Żulian i Żulietta, klasycznie pachnąc zajebistością i obyciem światowym, w łapie reklamówki (trzy) z całym dobytkiem, w zębach kiep, pomimo zakazu przystankowego. Na twarzy spuchniętej od wieloletniego chlania dwie szparki, zza których oczu nie widać. I jednoaktówka społeczno-wychowawcza z nutą gastronomiczną w tle i lekko powtarzającymi się frazami:

– Żulka, Żulka, coś my tam wczoraj na obiad jedli? Bo nie pamiętam. Bo przedwczoraj to pamiętam. A wczoraj? Buraki były chyba na obiad?

– Żulianku, tak było, tak było, buraki były.

– O to dobrze, to dobrze, bo już się martwiłem, że wątrobę rano w ubikacji zostawiłem…

Kurtyna.

Felieton: Wojciech P. Knapik