O najnowszej książce z serii “Siedem grzechów głównych” rozmawiamy z Danutą Noszczyńską, popularną wśród polskich czytelniczek pisarką z Jaworzna.

Lubi pani czasami poleniuchować?

Lubię, bardziej niż cokolwiek innego. Najchętniej śpię.

Czym innym jednak jest leniuchowanie, a czym innym lenienie się bez przerwy?

Myślę, że lenistwo to stała cecha, natomiast leniuchować może nawet najbardziej pracowity pod słońcem człowiek, gdy ma tylko czas i okazję.

Pani ostatnia książka “Nigdy nie jest za daleko” dotyczy właśnie grzechu lenistwa. Jaką formę przybiera ono w powieści?

Najbardziej dotyczy wygodnictwa, które, moim zdaniem, można uważać za synonim lenistwa. Bo sprzyja chodzeniu na łatwiznę i robieniu wszystkiego szybko i byle jak. W mojej książce lenistwo ma też nieco szerszy aspekt, dotyczący nas, kobiet. Chodzi tu o upraszczanie sobie życia, co może mieć smutne konsekwencje, jak spłycenie relacji międzyludzkich czy więzi rodzinnych. Coraz więcej czasu zajmują Polkom, matkom i żonom sprawy, którymi przed laty nie zawracały sobie głowy. Rośnie liczba obowiązków i nie mamy czasu na życie rodzinne. Jemy obiad na mieście, kupujemy gotowe śniadanie, pijemy szybką kawkę. Nawet na święta coraz więcej osób zamawia katering. Na pewno ma to swoje dobre strony, bo dzięki temu oszczędzamy czas. Ale jednocześnie wiele też na tym tracimy. Przekonuje się o tym Antonina, współczesna Polka, która jest bohaterką mojej powieści.

Akcja książki częściowo rozgrywa się w Armenii. Dlaczego wybrała pani właśnie ten kraj?

Wśród moich znajomych są Ormianie. Przyjaźnimy się do tego stopnia, że rok temu spędziłam wakacje w ich rodzinnym domu, w Armenii. Uderzył mnie kontrast między ich życiem a tym, które wiodą Polacy. Przyznam szczerze, że zapomniałam już, jak kiedyś wyglądały polska gościnność, rodzinne spotkania, jak suto zastawialiśmy stoły. U nas tego już nie ma, a w  Armenii istnieje. Tam osoba, która przyjdzie do czyjegoś domu, jest goszczona na maksa. Gospodarze wyjmują z lodówki i kuchennych szafek wszystko, czym gościa da się poczęstować. Tymczasem w Polsce coraz częściej proponujemy kawę i paluszki i ukradkiem spoglądamy na zegarek, bo przecież nam się śpieszy i najlepiej, aby wizyta była krótka. To wszystko podsunęło mi pomysł na napisanie książki właśnie o wygodnictwie, o tym, jaki to może mieć dysonans w kontaktach damsko-męskich, gdy się okazuje, że wyśniony mężczyzna pochodzi z kraju o innych tradycjach i przyzwyczajeniach. Bo czy kobieta wychowana w dzisiejszej Polsce jest w stanie zrezygnować ze swoich przyjemności, a nawet z pracy, i przeznaczyć ten czas dla męża i rodziny?

Skąd pomysł na serię “Siedem grzechów głównych”?

Właściwie to był kompromis między mną a wydawcą. Bo Prószyński chciał, abym zaczęła pisać sagi. Odmówiłam, bo to nie moja bajka. Pisząc książkę, podejmuję jakiś temat i na końcu powieści go zamykam. Nie uznaję kontynuacji. Strasznie by mnie to nudziło, gdybym miała ciągnąć w nieskończoność losy tych samych bohaterów czy kolejnych pokoleń. Dlatego razem z wydawcą podjęliśmy ostatecznie decyzję, że napiszę serię, ale na swoich zasadach. W taki sposób stworzyłam cykl powieści, połączonych wspólną klamrą, a przy tym mogłam sobie pozwolić na to, żeby w każdej z nich kreować inne postacie, inną fabułę i scenerię.

Dlaczego główną tematyką są grzechy?

Dlatego że tym tematem chyba jeszcze nikt się nie zajął. Ani w literaturze, ani w filmach. Owszem, był “Dekalog” Kieślowskiego. Ale grzechy to, moim zdaniem, bardziej skomplikowana sprawa. Nie są oczywiste, każdy ma różne odcienie, różne znaczenia. Pisząc tę serię i zastanawiając się nad kolejnymi grzechami, doszłam do wniosku, że wszystkie łączą się ze sobą. Bo jeśli np. człowiek grzeszy chciwością, to jednocześnie przepełnia go też pycha.

Debiutowała pani 13 lat temu.

Co było impulsem do napisania pierwszej powieści? To był przypadek, który często rządzi moim życiem. Kiedyś, gdy pracowałam w domu kultury, pisałam scenariusze do teatrzyków dla dorosłych, dla dzieci, dla młodzieży. Gdy przeniosłam się do mniejszej placówki, zyskałam więcej czasu na pisanie. Nieoczekiwanie scenariusz, nad którym pracowałam, przerodził się w powieść. Nie mając pojęcia, co się z tym wiąże, postanowiłam, że spróbuję ją wydać. I wtedy się zaczęło. Promocje, wywiady, występy w programach telewizyjnych, również w tych ogólnopolskich. To było dla mnie spore zaskoczenie. Później okazało się, że skoro napisałam jedną książkę, to powinnam napisać drugą, a może jeszcze i trzecią. “Nigdy nie jest za daleko” jest moją 18. powieścią.

Zakończyła pani serię. I co dalej?

Piszę kolejną książkę, taką bardziej na luzie. Jej roboczy tytuł to “Ten jeden jedyny”. To powieść o tym, czy istnieje jakiś uniwersalny sposób postępowania, który zagwarantuje, że mężczyzna będzie nas kochał, będzie dla nas dobry, będzie nam wierny itd. Ten problem pokazuję na przykładzie kilku bohaterek. Każda z nich ma inne podejście do tego tematu.

A pani ma taki sposób?

Oczywiście. I sprawdza mi się on od lat, ale na razie nie będę niczego zdradzać.

Pani książki są zaliczane do tzw. literatury kobiet. Niektórzy sądzą, że powieści napisane typowo dla płci pięknej to w większości ckliwe opowiastki o miłości. Pani książkom daleko jednak do harlekinów.

Harlekiny, moim zdaniem, niczemu nie służą, może jedynie chwilowej rozrywce. W swoich powieściach, oprócz wątku miłosnego, staram się wpleść również wątek społeczny, by czytelniczka miała też okazję zastanowić się nad pewnymi rzeczami na poważnie. Staram się, by moje powieści były również zabawne, a momentami wywoływały wzruszenie.

Oprócz pisania jest jeszcze teatr…

Nasza grupa nosi nazwę “Indygo” i działa w ramach stowarzyszenia Art Amarant. Indygo to określenie, przypisane dzieciom, które łączy zestaw pewnych, wyjątkowych cech, jak np. wrażliwość, poczucie estetyki, niesztampowe spojrzenie na świat, empatia, chęć niesienia pomocy. Takie właśnie osoby, choć już dorosłe, udało mi się zgromadzić w naszym teatrze.

Nad jaką sztuką teraz pracujecie?

Już niebawem, z okazji Dnia Kobiet, zaprezentujemy w klubie Niko w Byczynie spektakl kabaretowy. A później albo ponownie wystawimy sztukę mojego autorstwa “Wampir we wsi”, albo zaczniemy pracę nad nowym spektaklem, o Muminkach. Nie będzie to jednak sztuka dla dzieci, ale dla starszych widzów, bo i bohaterowie będą dorośli. Ma to być swego rodzaju pastisz na nasze czasy. Zbliża się też Ogólnopolski Przegląd Dorosłych Teatrów Amatorskich “Amarantus”, organizowany przez nasze stowarzyszenie. 6 i 7 czerwca w Domu Kultury im. Krudzielskiego w Szczakowej zaprezentują się grupy teatralne z całego kraju.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Anna Zielonka-Hałczyńska