Nosimy maseczki, dbamy o higienę rąk, zachowujemy społeczny odstęp. I z utęsknieniem wypatrujemy końca pandemii. Na powrót do normalności czekają też mieszkańcy wielu krajów na całym świecie. O tym, jak wygląda sytuacja zagranicą, zapytaliśmy jaworznian, którzy mieszkają na obczyźnie.

Kinga Stósik mieszka z mężem i córeczką Hanią na przedmieściach Hamburga. Niedawno znalazła nową pracę. Jeszcze na początku pandemii pracowała w zupełnie innym miejscu. Ale gdy niemieckie władze ogłosiły, że zamykają żłobki, przedszkola i szkoły, jaworznianka dostała wypowiedzenie.

Przez kilka tygodni opiekowałam się córeczką, ale w końcu postanowiliśmy z mężem, że poszukam sobie nowej pracy. A Hanią, dopóki nie otworzą żłobka, zajmie się Robert, który pracuje zdalnie – podkreśla pani Kinga. Pracę znalazłam w ciągu dwóch dni. Jak widać, w Niemczech nie ma z tym problemu nawet w czasie pandemii – dodaje.

Mimo rozluźnienia obostrzeń Niemcy cały czas przestrzegają zaleceń. Choć nie noszą masek na ulicy (nie jest to wymagane poza komunikacją publiczną, przystankami czy sklepami), dbają o higienę rąk, zachowują dystans, unikają tłumów. Ale nie panikują już tak, jak na początku.

Pamiętam, jak nasz sąsiad dezynfekował klamki, wszyscy dookoła śledzili informacje o koronawirusie. Dziś ludzie są już tym zmęczeni i robią wszystko, by żyć normalnie – stwierdza jaworznianka.

W Wielkiej Brytanii, niedaleko Birmingham, od jesieni zeszłego roku mieszka Anna Smyl-Wiśniewska. Anglia jej się podoba. Na Wyspach liczba zachorowań i zgonów jest duża.

Wielu Anglików uważa, że do tak tragicznego stanu przyczynił się premier Boris Johnson, który zwlekał z wprowadzeniem obostrzeń – twierdzi jaworznianka.

Tak jak w innych państwach nie działają szkoły, opieka medyczna odbywa się zdalnie. Natomiast seniorzy (70+) nie mogą opuszczać domów (z sąsiadami rozmawiają przez płot). Nie ma powszechnego obowiązku noszenia maseczek. Należy je zakładać głównie przed wejściem do banku, na pocztę, do aptek czy sklepów.

Mieszkańcy (w większości) są zdyscyplinowani i zachowują wymagany dystans, dbają o higienę rąk. Wśród Brytyjczyków panuje przekonanie, że w zamkniętych pomieszczeniach łatwiej się zarazić, dlatego (od początku wprowadzenia lockdownu) sporo czasu spędzają na świeżym powietrzu – mówi pani Anna, która również bardzo często wychodzi na spacery. Kiedy ktoś wyjdzie mi naprzeciw, to, wymijając się wzajemnie, zachowujemy bezpieczną odległość – dodaje.

Uważa, że w obecnej sytuacji ważne są pogoda ducha i optymizm.

Gabriela Uhlíková z mężem Michałem i córeczką Livią mieszkają w Twardoszynie na Słowacji. Zgodnie z nakazem rządu, Słowacy noszą maseczki od marca. Zakrywanie twarzy i zakładanie rękawiczek nie jest dla nich niczym nadzwyczajnym.

Zdecydowana większość popiera zalecenia rządu, tym bardziej że widać efekty – podkreśla pani Gabriela. Tęsknimy za rodziną, ale rozumiemy, że na razie spotkania z bliskimi nie wchodzą w grę. Zasad przestrzegamy nawet w windzie. Gdy wcześniej jeździliśmy nią z naszymi sąsiadami, teraz każdy czeka na swoją kolej – dodaje.

Słowacja odnotowuje spadek zachorowań.

Wiedząc, że jest coraz lepiej, lżej nam się oddycha, z mniejszą obawą o życie nasze i naszej córki – zaznacza. Musimy być cierpliwi i mieć nadzieję, że ten wirus jak najszybciej ucichnie, a sytuacja na rynku pracy się ustabilizuje. Na szczęście oboje z mężem pracujemy. Ale nie wszyscy mają taką możliwość – zaznacza.

filip-pokutaDo Holandii przeniósł się natomiast Filip Pokuta. Jaworznianin pięć lat temu rozpoczął studia w Hadze. Obecnie pracuje w branży PR.

Holandia wdrożyła tzw. “inteligentne zamknięcie”. Rząd uważa, że ludziom nie trzeba niczego nakazywać. Sami wiedzą, co robić. Dlatego bez przeszkód możemy opuszczać domy i spędzać więcej czasu na zewnątrz, niektórzy spędzają go również ze znajomymi, oczywiście z zachowaniem dystansu, np. siedząc na przeciwległych ławkach w parku – podkreśla. Obecnie rząd rozluźnia środki zapobiegawcze, co mam nadzieję nie doprowadzi do drugiej fali zakażeń. Jednak jak na razie wspomniane “inteligentne zamknięcie” zdaje egzamin – dodaje.

Na holenderskich ulicach nie ma obowiązku noszenia maseczek. Ale już wiadomo, że od czerwca trzeba będzie je zakładać w transporcie publicznym.

Mam to szczęście, że od połowy marca mogę pracować z domu, chociaż uzyskanie równowagi między życiem zawodowym a prywatnym jest wyzwaniem. Brakuje mi także spotkań z przyjaciółmi. Nie mogę też pojechać do Polski i zobaczyć się z rodziną. Mam jednak współlokatorów, więc nie jest tak źle – ocenia.

Stany Zjednoczone odnotowały największą liczbę zachorowań i zgonów na świecie. Jaworznianka Anna Wach przeniosła się z mężem do USA kilkanaście lat temu. Tam urodziła się ich córka, Emilka. Rodzina Wachów mieszka na przedmieściach Detroit.

W Stanach Zjednoczonych obowiązują podobne obostrzenia jak w Polsce. Ale maseczki musimy zakładać jedynie w sklepach – mówi. Niestety na rynku pracy jest zła sytuacja. Wiele firm zawiesiło działalność – dodaje.

Pani Anna też nie może pracować, otrzymuje zasiłek.

Nie narzekam na przerwę w pracy, bo w końcu udało mi się pozałatwiać różne domowe sprawy. Ale dobrze by było wrócić już do normalności. Na początku śledziliśmy informacje o koronawirusie. Ale ile można?! W końcu wyłączyliśmy telewizor. Robimy wszystko, by w tej trudnej sytuacji żyć normalnie. Staramy się spędzać dużo czasu poza domem. Spacerujemy, jeździmy na rowerach, cieszymy się sobą – podkreśla.

Piotr Górecki mieszka z żoną Pauliną i synkiem Heniem w Szwecji. W tym kraju tak zwane “zamknięcie” nie miało w ogóle miejsca, bo według władz społeczeństwo musi nabrać odporności poprzez kontakt z chorobą.

Premier stwierdził, że “Szwedzi wiedzą, jak się zachować”, i rząd nie zamierza odgórnie ograniczać swobód obywatelskich. Jest to dla mnie objaw braku pomysłu i zepchnięcia problemu na obywateli – ocenia pan Piotr.

Państwo Góreccy mieszkają na południu Szwecji, z dala od zgiełku wielkiego miasta.

Życie płynie tu bez większych zmian. Mieszkańcy spacerują z psami, rozmawiają, dzieci bawią się w grupkach, sąsiadki zażywają kąpieli słonecznych, a sąsiedzi rozpalają grille. W porze lunchu pobliska restauracja jest oblegana. Sielanka jak z kart Astrid Lindgren – opisuje. Puste są za to pociągi i autobusy. Natomiast samochodów na drodze jakby więcej. Jest jeszcze market spożywczy, po którego alejkach krążę, jako jedyny z maseczką – dodaje.

Tekst: Anna Zielonka-Hałczyńska