piotr-banachWypełniona po brzegi sala w Jazz Clubie Muzeum i niezwykle udane spotkanie z Piotrem Banachem, jednym z najbardziej wpływowych współczesnych polskich muzyków. Koncert 3 x Banach odbył się 6 grudnia. Tego dnia premierę miał wydany na płycie winylowej album Wu-Wei, który w wersji cyfrowej ukazał się 13 lat temu. Fenomenalny koncert zagrał zespół BAiKA (Piotr Banach, Katarzyna Sondej i Marcin Żabiełowicz), a chwilę wcześniej fani mogli wziąć udział w ciekawym spotkaniu autorskim, podczas którego artysta zdradził m.in., że pisze autobiografię.

Po waszym koncercie w kwietniu zauważyliście, że Jaworzno jest spore. Tym razem udało się wam zobaczyć trochę miasta?

Stwierdziłem, że muszę wasze miasto zobaczyć na mapie, bo nic nie kumam. Wjeżdżamy do miasta, wyjeżdżamy z niego, wjeżdżamy do Chrzanowa, zaraz znowu jesteśmy w Jaworznie. Jechaliśmy koło wielkich zakładów, kominów, które ciągnęły się i ciągnęły. I nagle dotarliśmy do Jaworzna. A od ostatniego koncertu byliśmy tu już kilkakrotnie i za każdym razem wjeżdżamy od innej strony, mamy inne widoki. Więc chyba, przypadkowo, zdążyliśmy trochę zwiedzić.

Kiedy rozmawialiśmy w kwietniu, mówiłeś o planach wydania nowej płyty. Ale nie ma jej jeszcze. Za to jest książka.

To nie tak. Plany to do siebie mają, że najczęściej się zmieniają. Książka jest w trakcie pisania. Dziś, chcąc zrekompensować nieobecność Gutka, rzuciłem na gorąco, że przeczytam fragmenty tej książki. Nie wiem, czy to dobry pomysł, ale słowo się rzekło. A płyty na razie nie będzie. Po pierwsze, nie ma takiej potrzeby, a po drugie dołączył do nas Marcin Żabiełowicz z zespołu Hey i teraz już razem będziemy pracować nad materiałem. A to wymaga czasu, bo to zupełnie inna praca. Planujemy mniej więcej wiosną pokazać tę płytę.

Ale ostatnio mówiłeś, że chcesz zostać literatem. I ten plan się ziszcza. Do tego się przymierzam.

Niestety jest tak, że literatem nie jest się z własnego nadania tylko dlatego, że ludzie chcą czytać to, co się napisało. Zobaczymy, jak będzie.

O czym jest książka?

Jest to autobiografia. Chcę, żeby nosiła tytuł “Kamyk”. Choć pojawił się też szaleńczy pomysł, żeby miała tytuł albo chociaż tytuł jednego z rozdziałów: “Kiedy byłem młodym chłopcem w Hey”. Wydaje mi się to zabawne, ale obawiam się, że dla młodszych ludzi może być nieczytelne. Chyba więc pozostanę przy “Kamyku”.

Zmienił wam się skład, macie trio zamiast duetu.

On się nie zmienił, tylko rozszerzył.

Rozszerzył się, przepraszam. Co w takim razie z tą waszą chemią, którą tak świetnie było czuć, kiedy występowaliście jako duet? Musieliście się przestawić?

No, właśnie nie. Polega to na tym, że Żaba znakomicie do nas pasuje. Muzycznie nasze gitary świetnie się splatają, dlatego do nas dołączył. Czy jest chemia na scenie taka, jaka była wtedy? Wtedy była to chemia między parą, były to zatem określone relacje. Kiedy na scenie jest Marcin, to już nie jest związek, tylko pełny zespół.

Jesteście ze Szczecina. Dlaczego robicie premierę winylowej płyty Wu-Wei w naszym mieście?

Wyszło to od wydawcy, który jest związany z Jaworznem. Mamy tu przyjaciół, więc dlaczego nie. Trochę daleko, to prawda, ale ten koncert, który zagraliśmy tu w kwietniu, bardzo wskazywał na to, że jaworznicka publiczność chwyta to, co robimy.

A skąd pomysł na wydanie czarnej płyty. To modne? Może trochę snobistyczne?

Być może. Ale ludzie też tęsknią za tym, co kiedyś było, że było więcej życia w życiu. Życie w muzyce jest kojarzone z czarną płytą. Myślę, że w dużej mierze wiąże się to też z tym, że kiedyś była lepsza muzyka, która wiązała się z jakąś treścią, subkulturami. Była czymś więcej niż tylko dźwiękowym tłem. Z drugiej strony czarna płyta ma tę swoją magię. Wymaga większego skupienia. Trzeba odsłuchać po kolei, nie przeskakuje się z utworu na utwór. Jest bardziej przyjazna dla muzyki, bo pozwala ją odpowiednio kontemplować.

Rozmawiał: Dawid Litka